|
niedziela, 24 lipca 2011
piątek, 10 września 2010
REKONSTRUKCJA
Czy "filmoznawca" z długoletnim stażem może się dowiedzieć o kinie coś nowego od debiutanta? Oczywiście, że może. Po za tym „coś nowego” nie musi od razu oznaczać czegoś nieznanego, czegoś o czym nie wiedział. Wiedział i znał, ale nie uświadamiał sobie. To taka sytuacja, jak przed laty z ukazaniem się „Sztuki kochania” Wisłockiej. Na wielu kartach tej książki, to co „znane i wiedziane” było dla Polaków po raz pierwszy zwerbalizowane. W „Rekonstrukcji”, w swoim debiutancki, surrealistycznym filmie Duńczyk, Christoffer Boe przypomina nam, że kino to iluzja. Iluzja o konstrukcji zamierzonej przez reżysera. Niby to oczywiste, ale gdy stwierdził, że choć „to tylko film – iluzja - mimo to, boli" – to mnie przygwoździł! Przypomniałem sobie ile to razy cierpiałem wraz z Michaelem Corleone, kapitanem Willardem, Howardem Hughesem i innymi, których setki, tysiące…
czwartek, 26 sierpnia 2010
THE HURT LOCKER. W PUŁAPCE WOJNY
Kathryn Bigelow robi generalnie niezłe filmy. „The Hurt Locker. W pułapce wojny” jest jednym z jej większych dokonań – wiadomo Oscary i inne nagrody. Na pewno nie jest to film łatwy i przyjemny w oglądaniu i odbiorze. Sceny rozbrajania bomb tak sugestywne i nerwowo sfilmowane, że jak się na to patrzy, to kupa nie chce zastygnąć w jelitach. W tym filmie może nieco irytować, kiedy pewne kwestie wypowiadane są zbyt wprost - idee podawane przed sam nos, na talerzu. Ale dwie rzeczy, ta genialna reżyserka robi w tym filmie doskonale. Po pierwsze: więcej myśli, uczuć i źródeł ludzkich zachowań potrafi pokazać, nie w scenach dynamicznych dialogów, lecz w scenach bez słów - samym tylko obrazem. W takich scenach w których „nie dzieje się nic”, jak na przykład kiedy w upalnym słońcu, podczas walki, żołnierze piją sok z foliowych saszetek. Scena pokazana „w czasie rzeczywistym” od przebicia kartonika plastikową rurką, aż do wysączenia ostatniej kropli soku. Albo scena z supermarketu przy ścianie śniadaniowych płatków: totalne zagubienie człowieka przy ścianie stu tysięcy kartonowych pudełek z chrupkami, które są tak sfilmowane jakby ciągły się aż po horyzont w obydwu kierunkach. Po drugie: kiedy wprowadza do filmu pewną grę z widzem, która znana jest już od ponad 40 lat i pojawiła się – być może nie po raz pierwszy – w „Powiększeniu” Antonioniego.
sobota, 31 lipca 2010
ROBIN HOOD
Czy warto zobaczyć film Ridleya Scotta, aby – jak pragnie tego reżyser - poznać prawdziwą historię Robin Hood’a? I tak, i nie. Z pewnością warto zobaczyć ten film, ale zobaczywszy go wcale prawdziwej historii się nie poznaje. A jaką się poznaje? Inną, nową, niedawno wymyśloną. W dzieciństwie przeczytałem chyba pięciokrotnie książkę o „Wesołych przygodach Robin Hooda” Howarda Pyle. W mojej świadomości te właśnie przygody mają status „prawdziwych”. Opracowana przez Ridleya Scotta historia jest bardzo zgrabna i pozytywnie zaskakująca. Film dla kogoś kto uwielbia przygody banity z Sherwood jest miłym i ciekawym przeżyciem. Piękne zdjęcia, dobra muzyka, nienaganna gra aktorów, zapierające dech w piersiach sceny walk. To co ja wyniosłem z tego filmu jako „wartość dodaną” to następująca informacja od Ridleya Scotta: politycy kłamią jak z nut, nawet im powieka nie zadrży – robili to 800 lat temu tak samo dobrze jak i dziś, i z pewnością kolejne 800 lat nie pozbawi ich tej cennej umiejętności!
sobota, 05 czerwca 2010
TO WŁAŚNIE MIŁOŚĆ
Filmy można podzielić na takie, które da się obejrzeć dwa, a nawet więcej razy i takie, których dwa razy "zachinyludowe" obejrzeć się nie da. Pominąwszy powody, dla których, film ogląda się ponownie – czasem jest to prozaiczny przypadek, bo właśnie nadają go po raz kolejny w telewizji, a nic lepszego nie nadają – chciałbym się przyjrzeć nie tyle powodom powtórnego oglądania filmu, a reakcjom jakie zachodzą w ludzkim organizmie podczas powtórnej projekcji. A) Oglądam film drugi raz i ni cholery nie pamiętam, co w nim było, jak go oglądałem po raz pierwszy. Trochę mnie wciąga, więc oglądam, bo jestem ciekaw co dalej będzie – taka reakcja towarzyszy mi przy powtórnych projekcjach filmów tzw. akcji np. z Arnoldem Schwarzeneggerem. B) Oglądam film po raz siódmy, a może dziesiąty. Doskonale wiem, co będzie dalej, ale oglądam - „bez uczuć”: sceny grozy nie budzą we mnie strachu, wzruszające sceny – nie wzruszają. Obraz magnetyzuje moje oczy i umysł. Nie mogę się oderwać: uwielbiani przeze mnie aktorzy wypowiadają kwestie, na które czekam, nie ma ani jednego zbędnego gestu, ani jednego zbędnego kadru. Tak oglądam kultowe arcydzieła: „Ojców chrzestnych”, „Obcych”, „Pieskie popołudnie” – Lumeta, Almodovara, „Łowcę androidów”… C) Oglądam film kolejny raz i choć wiem co za chwilę się wydarzy… wzruszam się jak dziecko, jakbym oglądał go po raz pierwszy, jakbym oglądanej właśnie sceny nigdy wcześniej nie widział, choć to przecież nie prawda! Czy można zrobić film, który tak samo wzrusza przy każdym kolejnym obejrzeniu? Można! Dla mnie jest nim „To właśnie miłość” Richarda Curtisa. A dla Was?
środa, 26 maja 2010
SIOSTRY MAGDALENKI
Czy zastanawialiście się, kto tworzy dzieła sztuki? Bez wątpienie są nimi artyści. Ale to nie jedyna poprawna odpowiedź na to pytanie. Starożytny garncarz czy japoński płatnerz tworzyli przedmioty użytkowe, a dziś podziwiamy prawdziwe dzieła sztuki: greckie wazy, samurajskie zbroje. Nie inaczej jest w przypadku szkockiego rzemieślnika Petera Mullana, który tworząc przedmiot użytkowy jakim jest społecznie zaangażowany i przerysowany film stworzył prawdziwe dzieło sztuki. Jest to jeden z powodów, dla którego warto obejrzeć jego ”Siostry Magdalenki”, choć nie jedyny. Drugim, moim zdaniem, ważnym powodem aby obejrzeć ten film, jest fakt, że zaangażował do niego aktorki o twarzach-diamentach, których długo po projekcji nie można zapomnieć! Każdy przeciętny widz bez trudu zapamięta, co najmniej trzy takie twarze-diamenty, wśród których diament najjaśniejszy to twarz Nora-Jane Noone. Ja zapamiętałem aż sześć jaśniejących kobiecych twarzy, ale ja nie jestem przeciętnym widzem (żarcik!).
piątek, 16 kwietnia 2010
INWAZJA BARBARZYŃCÓW
Są filmy, w których jest jedna najważniejsza scena i wszystkie inne do niej prowadzą. Ale film Denysa Arcanda z 2003 roku "Inwazja barbarzyńców" zapewne taki nie jest: każdy może znależć coś dla siebie i widzieć w nim inną kluczową, najważniejszą scenę. W tym filmie o powolnym umieraniu starego erotomana - zupełnie odmiennego niż ja, a jednak tak mi bliskiego (i chciałbym tak umrzeć jak on) - najważniejszą dla mnie była scena trzecioplanowa. Przy łóżku głównego bohatera w kanadyjskim państwowym szpitalu dwie byłe kochanki równocześnie wypowiadają niczym kanadyjskie przysłowie taką kwestię: "BO CIERPIENIA POLAKÓW SĄ DOWODEM NA ISTNIENIE BOGA". Śmiejemy się z tego, bo to trochę śmieszne, choć przecież prawdziwe! Ale skąd u licha o tym wiedzą w Kanadzie? Tak nas widzą na świecie? Nieprawdopodobne! Po katastrofie w Smoleńsku będą nas jeszce długo tak postrzegać! Przesądy są wieczne!
piątek, 09 kwietnia 2010
BUT Z LEWEJ NOGI
Gazeta Wyborcza jest głupia jak but z lewej nogi! – jak mawiała moja babcia. Oczywiście babcia mawiała tak do mnie o mnie, a nie o Gazecie Wyborczej, i z akcentem na słowo „but, a ja w zasadzie z akcentem na słowo „z lewej”. Otóż w numerze 72 (6290) z 26 marca 2010 na drugiej stronie pojawia się artykuł „Na prowizji od swastyki” z podtytułem „Czy na nazizmie można zarabiać? Portal Allegro nie widzi w tym nic złego.” Tymczasem na stronie 5. tegoż egzemplarza Gazety pojawia się reklama „Cały Kraj Rad” z podtytułem „Płacisz tylko za połowę”. Aluzja do kraju Lenina i Stalina jest czytelna jak słońce mimo, że gwiazda eufemistycznie zielona na czerwonym i białym tle, a nie czerwona. Na nazizmie Hitlera nie można zarabiać, bo to nie etyczne dla Gazety, no i też dlatego, że gazeta tego nie robi. Ale już na totalitaryzmie Stalina i Lenina, który pochłonął 30 mln ludzkich istnień, to zarabiać można. Sprzedaż starych niemieckich hełmów jest be!, ale opieranie kampanii reklamowych na rubasznej sowieckiej stylistyce jest cacy! Na tym zarabiać można! Dlaczego stalinizm jest gorszy od hitleryzmu wyjaśnił mi w dzieciństwie mój ojciec w sposób może dość prosty, ale przekonywujący: "Bo Hitler, co by o nim nie powiedzieć zabijał inne nacje: Polaków, Żydów, Sowietów, Cyganów, a Stalin ten najgorszy zbrodniarz potrafił wymordować kilka milionów swoich!” Dla Gazety filozofia Kalego brzmi tak: jak Allegro zarabia na totalitaryzmie to bardzo źle, oj, bardzo źle, ale jak Gazeta zarabia na totalitaryzmie to dobrze, oj, bardzo dobrze!
piątek, 26 marca 2010
W CHMURACH
Jedna z najbardziej magnetycznych cech kina, która nas do niego przyciąga, to możliwość utożsamiania się z głównym bohaterem. Proces utożsamiania się nie podlega regule: przeżycia bohatera są zbieżne z moimi, dlatego to jest „mój bohater” – choć i tak się czasem zdarza. Zazwyczaj przeżycia bohatera są wielce odmienne od przeżyć zwykłego, przeciętnego widza, który przez sto kilkadziesiąt minut projekcji „żyje” innym życiem – życiem swojego filmowego bohatera. Czasem jest gangsterem, a czasem ścigającym go policjantem, niekiedy przybyszem z kosmosu. Będąc mężczyzną – może być kobietą i na odwrót. Podczas projekcji „W chmurach” byłem przystojnym George’m Clooney’em. I to w zasadzie jedyna wspólna cecha jaką miałem z głównym bohaterem – specjalistą do wynajęcia, który w korporacjach rozsianych po całych Stanach Zjednoczonych w sposób zawodowy mówi ich pracownikom: „Pani/Pan już tu nie pracuje”. Robiłem to w zastępstwie tych menadżerów-dupków, którzy nie mieli odwagi powiedzieć tego osobiście swoim podwładnym. Mnóstwo podróżowałem samolotem: moje hobby i życiowy cel: zebrać jak największą ilość punktów za przeleciane (spędzone w chmurach) mile (kilometry). Miałem dziesiątki złotych kart: kredytowych, klubowych, hotelowych itp. Byłem zdeklarowanym singlem! Oczywiście w filmie – bo w zwykłym życiu, tuż obok w kinowym fotelu siedziała moja Nieskazitelna żona, której dłoń zaściskałem w swojej. Pod koniec projekcji poczułem wraz z głównym bohaterem: jaki ja jestem samotny, jaki ja jestem potwornie samotny! Gdy kapitan statku powietrznego zapytał mnie: - „Skąd pan jest?” – bez chwili namysłu, ze łzami w oczach szepnąłem do Nieskazitelnej: - „STĄD! Stąd jestem!” George Clooney po paru sekundach z ekranu odpowiedział to samo! Brawa dla reżysera Jasona Reitmana, który poprowadził ten film w taki sposób, że ten najprostszy dialog chwyta cię za gardło i wciska głęboko w fotel.
czwartek, 11 marca 2010
ZNIKAJĄCY PUNKT
Do filmów, w których nie dzieje się nic zaliczają się chyba wszystkie tzw. filmy drogi. Jednym z pierwszych filmów drogi był „Znikający punkt” Richarda Sarafiana. Muszę koniecznie znów obejrzeć ten film po niemal 40-stu latach od jego powstania – ciekawe czy to już ramota? Czy da się to jeszcze oglądać? Ze „Znikającym punktem” wiąże się pewna rodzinna anegdota. Otóż w latach ’70 ubiegłego stulecia, kiedy ten kultowy film był wyświetlany na ekranach polskich kin wybrała się na niego moja dwudziestoletnia wówczas kuzynka wraz ze swoją mamą, a moją ciotką. Kuzynka opowiadała później, że ciotka w połowie projekcji na całe kino głośno zapytała „Kiedyż to się wreszcie zacznie?!” |